mgr Katarzyna Lewalska-psycholog

„Dzieci RULES”

Zanim stałam się szczęśliwą posiadaczką czterech kółek, regularnie korzystałam z dobrodziejstwa komunikacji miejskiej. Muszę przyznać, że podczas podróży tramwajem, w towarzystwie kilkunastu osób, a tym samym osobowości w różnym wieku, stanie i różnej płci, miałam okazję obserwować genialne sytuacje społeczne, które mogłyby stanowić przykłady zachowań ludzkich na kartach niejednego podręcznika psychologii.

Parę tygodni temu, w godzinach szczytu, jadę tramwajem linii nr 1. Ludzi mnóstwo, człowiek przy człowieku, rozmowy na tematy wszelakie. W pewnej chwili słyszę rozdzierający krzyk dziecka: „Ale ja chcę! Daj mi i już!”. Z zaciekawieniem, razem z kilkunastoma pasażerami, odwracam głowę w wiadomym kierunku. Autorka „ryku” ma może ze cztery lata, zaciśnięte piąstki i baaaardzo niezadowoloną minę. Obok stoi najprawdopodobniej tata dziewczynki i cichym głosem stara się jej coś tłumaczyć. Docierają do mnie strzępki słów: „Klaudynko, nie krzycz. Powiedziałem wyraźnie, możesz zjeść żelki dopiero po obiedzie. Dojedziemy do domku, zjesz obiadek i dam Ci ile tylko chcesz.” Odpowiedź ze strony małej buntowniczki jest natychmiastowa i bardzo konkretna, jeszcze głośniejszy i stanowczy ryk: „Ja chcę teraz!!! Nie chcę obiadku!!! Chcę żelki!!! Tataaaa daj!!!” Pełna emocji dyskusja trwa w najlepsze, cały tramwaj się przysłuchuje, a ojciec dziecka jest coraz bardziej czerwony i mówi coraz głośniejszym tonem. Tłumaczy raz, drugi, piąty… Pewnie sytuacja ciągnęłaby się dalej, aż grono pasażerskie miałoby ciśnienie trzysta i niewyraźne miny, bo dziecię głosik ma świdrujący i pełen zaangażowania w osiągnięcie żelkowego celu, ale…pada argument nie do odparcia, który na nieszczęście konsekwentnego ojca słyszy cały przedział: „Jak mi nie dasz żelków to powiem mamie, że sikasz do zlewu!!!” Buuum! Bomba wybuchła, moc rażenia objęła cały wagon tramwajowy, bo rozbawione spojrzenia chyba wszystkich pasażerów spoczęły na czerwonym jak piwonia ojcu J. I co na to tato? W momencie wyjął z reklamówki żelki i zapchał nimi buzię niesfornej kilkulatki. Zwycięstwo i triumf malujące się na buzi dziewczynki – bezcenne. Nie wiem czy następny przystanek był dla taty i rezolutnego malucha docelowy, w każdym razie ojciec wziął opychającą się żelkami córcie pod pachę i szybkim krokiem wysiadł z tramwaju.

Muszę przyznać, że to nie był przypadek jednostkowy. Sytuacje takie jak opisana powyżej mam okazje obserwować w wielu miejscach: na placu zabaw, w autobusie, poczekalni u lekarza, w hipermarkecie. O co chodzi? Jak często z braku sił lub cierpliwości ulegamy naszym pociechom i łamiemy zasady wyznaczane przez nas samych? Kto wygrał wojnę o władzę? Kto ustalił jej zasady? Problemem współczesnych czasów jest brak granic. Często z powodu braku czasu, cierpliwości czy wiedzy odpuszczamy, zamieniamy się rolami z naszym dzieckiem, które umiejętnie wyprowadza nas w pole, a granica tego, co wolno, a czego nie wolno przesuwa się coraz dalej i dalej. Aż wreszcie ciężko jest dookreślić czy nasze „nie” znaczy dziś dla dziecka faktyczne „nie”, „może” lub „tak”. Tylko jak bezpiecznie czuć się w takiej anarchii, jeśli nie wiadomo nawet, czego spodziewać się po własnym rodzicu, który zmienia zdanie, jeśli popłaczemy odpowiednia długo lub zadamy 100 razy to samo pytanie. Poradnictwo wychowawcze może wydawać się niejednemu rodzicowi bardzo monotematyczne. Wszystko wiedząca pani psycholog, do zmordowania powtarza o wadze konsekwencji zachowań, systemie kar i nagród, wyłapywaniu pozytywów w postępowaniu dziecka. Cóż, właśnie to stałe zasady stanowią o powodzeniu procesu wychowawczego. Dodajmy do tego jeszcze parę wskazówek od specjalisty jak pracować z dzieckiem, zrozumienie, że nasze dziecko nie musi być idealne, że ma prawo do błędów, miłość i szacunek do własnej pociechy, trochę cierpliwości i czasu, ociupinkę zaufania z obu stron i po paru tygodniach w słuchawce rozlega się głos rodzica, który wcześniej mówił, że to i tak nie zadziała, bo niby jak to tylko tyle i wystarczy, bo jego syn/ córka jest trudny/ trudna itp.: „Pani Kasiu nie wiedziałam, że stosowanie tak prostych zasad daje takie pozytywne efekty. To przecież wcale nie jest takie trudne. Wreszcie się dogadujemy.”

Artykuł dedykuję wspaniałym rodzicom moich pacjentów, którzy podjęli trud zmiany i dzielnie znosili moje zastrzeżenia, potrafili przyjąć i wcielić w życie rodzinne moje wskazówki. Praca z Wami to przyjemność! Rodzice rulesJ